mas

SPOWIEDŹ MASOCHISTY

scenariusz na podstawie: Spowiedzi Masochisty Romana Sikory w przekładzie Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk i Elżbiety Zimnej

reżyseria- Bogdan Żyłkowski

scenografia/kostiumy- Stowarzyszenie BALKON KULTURALNY

muzyka- Michał Biel – saksofon, Maciej Kędziora - perkusja, Marcel Gawinecki – gitara basowa

występują-  Antonina Tosiek, Marta Wiśniewska, Jan Heidrych, Marcin Wichtowski, Rafał Stawicki, Krzysztof Szafran

 

MASOCHISTA: człowiek pracujący! I więcej, i lepiej, i mocniej! Kapitalizm, wyzysk, sukces, masochizm, autorytet w poszukiwaniu własnego szczęścia, w ogromie samotności i bólu. Czy znajdzie swoje szczęście pośród świata, który niszczy jednostkę?

Publiczna spowiedź Pana M.- zdeklarowanego masochisty o utracie sensu, radości, podniecenia. Dramat człowieka poszukującego Szczęścia, skazanego na Sukces, pozbawionego napędowej mocy Autorytetu. Żarliwa modlitwa o czterdziestoośmiogodzinny dzień pracy, zwielokrotnienie zadań, minimalną stawkę za maksymalne zaangażowanie. Drapieżny, perwersyjny, współczesny kapitalizm i samotność indywidualisty. Groteskowy świat dziwek, skinheadów, sadystów, policjantów i „normalnych” dostojników. Maski, pejcze, skóra i punkowa kapela. A w tle, dla psychicznej równowagi Antropomorficzny Koń.

 

„Na spektakl szłam z mieszanymi uczuciami. Półtorej godziny z Wichtowskim? Przyznaję szczerze- miałam wątpliwości. Do tej pory ten aktor Studia jawił mi się jako manieryczny chłopaczek z wadą wymowy grający drugoplanowe rólki jak w „Iwonie księżniczce Burgunda”- zawsze i dokładnie tak samo: młodzian pozujący na warszawskiego cwaniaczka średnio zamożnych sfer okresu 20-lecia międzywojennego , grzyweczka, marynareczka, jedna rączka za plecki, druga wykonująca wystudiowanego wężyka w żwawej gestykulacji, zawsze pochylony w fałszywym geście uniżenia.

I zdziwienie, pozytywne zaskoczenie od pierwszych chwil i gromkiego: ja protestuję!. Wichtowski skupiony, przyciągający uwagę. Choć półnagi i uroczo wypinający się po cięgi-stworzył zabawną i przemyślaną scenę unikając własnej śmieszności i przerysowania. Obserwowałam z zaciekawieniem! Ba! Przyglądałam się. A dalej było coraz lepiej! Początkowo pomyślałam, że Wichtowski po prostu okazał się aktorem z rodzaju: im mniej tym lepiej. Ale z biegiem zdarzeń stwierdzam, że i tu byłam w błędzie. Przede wszystkim myślę, że w przygotowania do spektaklu i pierwszej tak dużej roli włożył ogrom pracy i wysiłku. Dojrzał. I zagrał przemyślanie.

Z początku był trochę sobą, był na scenie trochę oszczędniej, trochę skromniej. Mówił wolniej i wyraźniej niż zwykle. Jedyne zastrzeżenie mam do końcówek, wyraźnie słychać było np. som, zamiast są. Bardzo trudny był też tekst sztuki sam w sobie. Celowy szyk przestawny był zabiegiem ciekawym. Jednak chwilami zdania wielokrotnie złożone zabijały wręcz treść przekazu, a główny bohater dwukrotnie kończył wypowiedź odmieniając podmiot przez inny przypadek czy rodzaj. I tu mam wątpliwości czy celowo. Myślę jednak, że to już kwestia tłumaczenia i adaptacji pierwotnego tekstu. Może warto jeszcze go w paru miejscach podzielić i dać aktorowi szansę na zaczerpnięcie oddechu i bardziej czytelny przekaz?

Genialna była scena wywiadu prowadzonego przez żądnych krwi dziennikarzy, gdy bohater przesadnie skromnie opowiadał o tym jak pokonał chińskiego rywala w konkursie szwalniczym podtrzymując sobie napuchnięte powieki zapałkami. Jeżeli nie była to zamierzona półimprowizacja to ogromny szacun! Wichtowski zachwycił naturalnością i prostotą przekazu!

Wichtowski nie grał bynajmniej oszczędnie cały czas! Bawił, wzruszał, dawał się ponieść ekscytacji, denerwował się, smucił, spiskował, szydził a wszystko to w ruchu i chwilami bardzo dynamicznej akcji! Zaprezentował cały wachlarz umiejętności i myślę, że kupił tym widza. Mnie na pewno.Tu warto podkreślić atuty scenografii, a mianowicie ustawione centralnie łóżko stanowiące ciekawy punkt wyjścia do wielu scen, pełniące funkcję łóżka właściwego, pokoju, tramwaju, banku a nawet supermarketu. Mało mogę powiedzieć natomiast o kostiumach. Typowe wdzianka dla masochistów z pierwszego lepszego sxshopu. Ale to nie zarzut. Po prostu w tematyce przedstawienia.

No właśnie, czyli jakiej? Równie oczywistej?

Już tytuł zapowiadał, że rzecz będzie o masochiście. I poznajemy go, głównego bohatera. Wichtowskiego, który skarży się na dzisiejszy świat gdzie nawet w jego środowisku zasady ograniczają jego wolność i osiągnięcie satysfakcji. Sztuka przewrotnie pokazuje jak trudno znaleźć mu ból chciany i podniecający, a jednocześnie jak łatwo ludzie ranią się dziś nawzajem w czasach kapitalizmu i wyścigu szczurów, gdzie w całej tej masie cierpi zatopiona w niej jednostka. Sztuka niewątpliwie zabawna, przestawiająca w lekki sposób środowisko ludzi lubiących poniżanie dające im satysfakcję seksualną, a jednocześnie satyra polityczna, społeczna, budząca również głębsze refleksje. Bo czy stając się koniem pociągowym machiny zarabiającej pieniądze tylko dla wybranych nie tracimy własnej tożsamości będąc jedynie trybikiem, który w kieszeń musi/chce schować własną godność? Czy jeżeli dochodzimy do wniosku, że sukces to nie dla nas i nie na tym świecie, nie zaczynamy egzystować w poczuciu misji by w jakikolwiek znośny sposób tłumaczyć sobie nasz codzienny wysiłek i pracę za psie grosze? 

Niewątpliwym atutem przedstawienia jest muzyka grana na żywo oraz piosenki. Dla mnie hitem jest rasistowski utwór o jedynie słusznych białych świętach. Uwielbiam zachwycić się czymś tak paradoksalnie, ze względu na czarny humor, na dystans, na grę słów. Liczę, że inni widzowie odebrali to podobnie.Zupełnie nie podobała mi się Marcelina Czajka. Liżąca sztucznego lizaka. Oczywiście z założenia była lolitką, głupiutką i uległą, ale może gdyby po prostu miała lizaka z cukru. Coś kompletnie nie zagrało. No i Janek Heidrych. Super potencjał, super głos, super pierwsze wyjście. A potem nie zażarło i znudziło. Trzy takie same odsłony. Nuda. Może zamierzony zabieg w sensie całości przedstawienia, ale w wielką szkodą dla aktora. Genialana choć krótka była scena rozmowy kwalifikacyjnej w banku. Rafał Stawicki , jako jego dyrektor, miał niewątpliwe pole do popisu w postaci wyrazistego tekstu z powtórzeniami: nie nadaje się Pan, nie nadaje, nie tu, nie ma Pan kwalifikacji, nie ma. Wypadł świetnie!

Bardzo dobra była również Antonina Tosiek, równie przekonująca w dwóch totalnie skrajnych rólkach- jako seksowna prostytutka i naiwna skromna sprzątaczka. Brawo! No i genialny dyrektor Biedronki – Sylwester Sitkowiak. Słynny już wśród publiczności FUFU słynący z nieprzewidywalnego zachowania na widowni, okazał się świetny! Mocny głos, charakterystyczny seksualny sposób bycia, wulgaryzmy, przemoc! To wszystko ma tak naturalny w jego przypadku wydźwięk, że widz totalnie wierzy, że w dzisiejszych czasach, gdy nawet księża zakładają pod sutanny lateksowe wdzianka- właśnie tak tylko może wyglądać i żyć dyrektor Biedronki! Fantastyczne, bo daje to podwójne potwierdzenie na siłę oddziaływania mass mediów (w tym przypadku także teatru!), o czym mówi pośrednio i ta sztuka pokazując siłę sprawczą począwszy od sklepowego radiowęzła po telewizję wchodzącą w każdy zakamarek ludzkiej prywatności.

Paradoksalnie główny bohater którego jedynym marzeniem jest być zmieszanym z błotem i upodlonym okazuje się pracownikiem idealnym i człowiekiem mającym wielką wartość dla dzisiejszego Świata. I nie odnajduje szczęścia. I znów „protestuje!” zamykając spektakl zgrabną klamrą. 

Dla mnie 9/10!; więc może tak naprawdę aktorstwo było beznadziejne, a oglądanie aż bolało?

Zdecydowanie warto samemu się przekonać!” Recenzja Katarzyny Nowak, 13 kwietnia 2014 r.

 

 

 

Categories: Aktualne