10170813_668593339870937_2985414281592486058_n

SZCZEP PIASTOWY

scenariusz- Grzegorz Babicz

reżyseria- Grzegorz Babicz

opieka artystyczna- Bogdan Żyłkowski

scenografia- Agnieszka Gierach

występują- Grzegorz Babicz, Łukasz Wolff, Rafał Stawicki

 

Akcja rozgrywa się gdzieś w Wielkiej Brytanii, w mieszkaniu Jana i Grzegorza, w dzień przyjazdu Tadeusza. Grzegorz i Jan mieszkają w UK od kilku lat, każdy z nich prowadzi stabilne, uporządkowane życie. Z okazji przyjazdu Tadeusza, urządzają imprezkę.

Pojawienie się nowego lokatora zaburza stan równowagi, Początkowe błahe rozmowy zamieniają się debatę nad sensem emigracji. Spektakl pokazuje problemy i rozterki młodych ludzi, którzy będąc u progu dojrzałego życia, zastanawiają się czego tak naprawdę pragną od życia. Wciąż poszukują, eksperymentują, podejmują decyzje, które wiążą się z korzyściami i kosztami. Każdy musi indywidualnie ocenić, czy rachunek ten jest dla niego korzystny. Nieoczywistość tego rachunku, wywołuje stan tymczasowości, powoduje że bohaterowie bezwładnie płyną z nurtem życia, czekając na impuls, który wyrwie ich z letargu i nada sens chwycenia za stery.

 

Recenzje:

Spektakl zdobył Grand Prix XLI Tyskich Spotkań Teatralnych 2014.

Recenzja Elżbiety Morawiec – jurorki XLI Tyskich Spotkań Teatralnych

„Wśród grup teatralnych na szczególna uwagę zasługuje zespół Studia Teatralnego Próby z Poznania, wyróżniony Grand Prix tyskiego przeglądu. Poznański teatr pracuje od kilku lat w bardzo licznej grupie, ma za sobą m.in. spektakle Witkacego, Gombrowicza. W Tychach trójka aktorów – Paweł Wódczyński, Łukasz Wolff, Grzegorz Babicz przedstawiła oryginalny scenariusz „Szczep Piastowy”. Ujął w nim autor i zarazem reżyser, Grzegorz Babicz trudny i jakże aktualny temat losów polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii. Trójka aktorów –inteligent i dwaj „robole”, koczująca na obrzeżach londyńskiego lotniska Heathrow w burzliwej rozmowie, obficie zakrapianej szkocką whisky zmaga się z „przeklętymi” polskim problemami – co to za świat, do którego musieli emigrować, ile warta jest przynależność do Unii Europejskiej, a nade wszystko z pytaniem – czym jest Polska, „jeszcze Polską” czy niby-Polską, wracać czy nie wracać. Scenariusz rewelacyjny, świadczący o przenikliwej obserwacji współczesnego świata i Polski, świadomie i udatnie nawiązujący do Mrożkowych „Emigrantów”, otwierający perspektywę „Emigrantów 2014″. Balans na granicy groteski i gorzkiego realizmu  znakomicie wyważony – zarówno w tekście , jak i wykonaniu. Ze szczególnie wyróżniającą się postacią nowego XX – brutalnego jak podpity kibol a świadomego swego losu emigranta (Grzegorz Babicz). Przy dramatycznym braku ważkich myślowo dramatów współczesnych scenariusz Babicza w pełni zasługuje na upowszechnienie i druk.” 

 

Recenzja Janusza R. Kowalczyka – jurora XLI Tyskich Spotkań Teatralnych

Teatr, jakiego nie ma.

Jeśli w Tychach słychać teraz to głuche dudnienie z północy, to najmocniej przepraszam. Tak, przyznaję się, to ja. Biję się w piersi, aż dudni. 

Dlaczego? Bo dałem się skusić. Komu? Dyrektorowi Teatru Małego w Tychach, Andrzejowi Marii Marczewskiemu. Zasiadłem w jury XLI Tyskich Spotkaniach Teatralnych, no i mam za swoje. 

Festiwale teatralne. Ile ich było w moim życiu? Nie zliczę. Przez dwadzieścia pięć lat zjeździłem w tym celu cały kraj. Nalatałem się też wzdłuż i wszerz po Europie, że o wypadzie za ocean nie wspomnę. Było, minęło. Ile naprawdę godnych uwagi przedstawień pozostało mi na zawsze w pamięci? Kilkadziesiąt? Kilkanaście? Kilka?…

Co się zapamiętuje? Raczej ogólną atmosferę (klimat, nastrój, koloryt) niż konkretne dzieła. I nie mówię tu o takich molochach, jak doroczny spęd setek zespołów teatralnych w Edynburgu. Przedstawieniom, idącym tam w tysiące, nie sprostałby i legion krytyków. 

Po cóż jednak daleko szukać? Wystarczy przyjrzeć się życiu festiwalowemu w kraju. Kwitnie. Do tego stopnia, że na upartego można by, z wyjątkiem świąt, spędzić okrągły rok przejeżdżając z jednego przeglądu teatralnego na drugi. Jest nawet kilku „żelaznych” krytyków, dla których zasiadanie we wszelakich komisjach selekcyjnych i jury festiwali to pełny drugi etat. Albo i pierwszy…

Po co o tym piszę? Bo – wzorem Korowiowa z „Mistrza i Małgorzaty”, który „potąd miał tych cudzoziemców” – dość mam festiwali. Mdłych, nijakich, nudnych, przypadkowych, pozbawionych wyrazu. Jako ich uczestnik, recenzent, juror, choć przede wszystkim jako widz.

Człowiek żyjący z pisania, bądź mówienia o teatrze jeszcze sobie poradzi. Im więcej obejrzy płytkich, mętnych i nikomu niepotrzebnych widowisk-dziwowisk, tym większy da im odpór, obśmiewając w gazecie, do mikrofonu czy przed telewizyjną kamerą. Tak się bowiem składa, że o złych przedstawieniach krytykom pisze się wyśmienicie – z werwą, pasją, polotem, aż śmigające po klawiszach laptopa palce nie nadążają za natłokiem myśli (czytaj: złośliwości). 

Co innego juror. On w takiej sytuacji ma przechlapane. Bo co się dzieje? Mija półmetek, dwie trzecie, trzy czwarte festiwalu. On tymczasem nie widzi nikogo, komu bez wstydu i zażenowania można by wręczyć nagrodę. I jak tu nie wpaść w panikę? Co taki delikwent robi? Przysięga sobie, że do jury nikt go nigdy więcej nie zaciągnie.

Mnie, jako się rzekło, skusił dyrektor Andrzej Maria Marczewski. Znam go, cenię, słowem: wpadłem. Z deszczu pod rynnę. Od pierwszych pokazów konkursowych tyskiego festiwalu stało jasne, że jury – wraz z samym Marczewskim – zostało zapędzone w tak zwany kozi róg. W sytuację bez wyjścia. W pułapkę logiczną. Tyski festiwal AD 2014 pokazał nam teatr, jakiego nie ma. 

Jak to nie ma, skoro go oglądamy? Bo rzeczywiście, takiego teatru nie ma nigdzie indziej, a tu – proszę bardzo! – jest. Skąd się wziął? – nie wiadomo…

Minął dzień, drugi, a w jurorskich duszach zalęgł się dylemat nie do rozstrzygnięcia. Jak podzielić przeznaczoną na nagrody kwotę, aby uhonorować wszystkich, którzy na to zasługują? Z dnia na dzień przybywało potencjalnych laureatów – w przeciwieństwie do wciąż jednakowego funduszu nagród – co wciąż go rozmieniało na sumki tak śmieszne, że w przyzwoitym towarzystwie z czymś takim wyskoczyć nie honor.

Kilka radykalnych przetasowań pozwoliło utrzymać pulę nagród na nader przyzwoitym poziomie, jakkolwiek wyeliminowało z niej niezłe grono potencjalnych zwycięzców. Najwspanialsze teksty krytyczne powstają, jak wiadomo, przy relacjonowaniu przedstawień dość koślawych. Tylko skąd je wziąć?…

Dlatego proszę mi wybaczyć, że z takim mozołem pichcę ten tekst, który – eufemistycznie mówiąc – pozostawia sporo do życzenia. Cóż jednak począć, skoro w mojej osobistej hierarchii festiwali XLI Tyskie Spotkania Teatralne okazały się najlepsze spośród dotąd oglądanych? Gdybym chciał je określić jednym słowem, nazwałbym je mądrymi i kropka.

Złożyły się na to przede wszystkim wspaniałe teksty. Obok literatury z najwyższej półki jak Herta Müller czy (poza konkursem) Thomas Mann, jak i kilkoma przypomnieniami rzadko wystawianych polskich utworów scenicznych (Białoszewski, Iredyński), niespodziankę sprawili twórcy przedstawień autorskich. 

Myślę tu o „Szczepie piastowym” Grzegorza Babicza (autorstwo, reżyseria, jedna z ról) w wykonaniu Studia Teatralnego „Próby” z Poznania. Widowisku bezwzględnie należało się Grand Prix za bezkompromisowe ukazanie odpływu młodych, wykształconych rodaków zagranicę. Wykonując pracę poniżej kwalifikacji, gubią się w nieprzyjaznej im rzeczywistości, a mimo to nie chcą wrócić do kraju. Rewelacja – „Emigranci” 2014 roku.

Recenzja Henryka Tronowicza Dziennik Bałtycki, Festiwal Sztuk Autorskich i Adaptacji Windowisko

 

1618135_841252332572524_186294185476911780_o (1)

 

 

Recenzja Katarzyny Nowak, 20 maja 2014 r.

Już na wstępie, przychodzące na myśl wraz z tytułem sztuki słowa Roty: Nie rzucim ziemi skąd nasz ród! Nie damy pogrześć mowy – zostają skonfrontowane z obłudnym Polaków: „Welcome to our home, crazy fucking home”.

Widz szybko zostaje wprowadzony w akcję spektaklu. Dwóch Polaków koczujących na obrzeżach lotniska w Wiekiej Brytanii – Fizyczny (Grzegorz Babicz) i Inteligent (Łukasz Wolff) wita dobijającego do ich emigranckiego tandemu Młodego (Paweł Wódczyński). Równie szybko widz staje się spektaklu częścią – podróżnym oczekującym na lotniskową odprawę, co rusz – nieraz brutalnie – wciąganym w dynamiczną akcję Szczepu.

Ustawienie sceny pośrodku niewielkiej sali, z widownią po jej prawej i lewej stronie wspaniale buduje klimat tymczasowości miejsca pobytu bohaterów, będącego jednocześnie swoistą pułapką oraz lokum pozbawionym wszelkiej intymności.

Nie da się ukryć, że spektakl od początku do końca przedstawia problem emigracji w różnych ujęciach i aspektach. Samo już miejsce akcji można rozumieć dwojako: słabe zarobki oraz nieumiejętne nimi gospodarowanie zmuszające bohaterów do życia bez wygód kontra symboliczny brak integracji kulturowo-społecznej z obczyzną i złudna gotowość do powrotu/ucieczki w każdej chwili.

Tematyka Szczepu jest zatem bardzo aktualna i chwilami bardzo bolesna. Spektakl mimo ciężaru podjętego zagadnienia przesycony jest jednak błyskotliwym humorem sytuacyjnym balansującym na granicy groteski, a efekt zamierzonej improwizacji aktorzy uskuteczniają uwieczniając siebie i widzów telefonem komórkowym, zacierając granice sceny.

Na małej przestrzeni stworzył autor niezwykle wartką akcję! Popisy wokalne przy akompaniamencie gitary, pachnące polskie jadło, rozrzucane walizki, bite szkło i atmosfera zagęszczająca się w oparach szkockiej whisky co rusz pobudzają widza do aktywnego uczestnictwa.
A rozmowa płynie równie wartko co szkocka. Przebiegle wręcz inteligentnie, bo w lekkim zdawałoby się dialogu – dotyka idei Unii Europejskiej, szans i zagrożeń, plusów i minusów, problemu braku asymilacji, zderzenia kulturowego, przerwanej nauki, zawiązków na odległość, braku pieniędzy które starczają tylko na przetrwanie, sensu studiów, pracy za psie pieniądze dla zagranicznych inwestorów we własnym kraju, która ubliża polskiej godności, pracy za psie pieniądze, na stanowiskach poniżej wykształcenia i umiejętności – ale w UK, która nobilituje, wyjazdu tylko na chwilę, bezrobocia, czekania na mannę, nieznajomości języka i ignorancji kulturowej, strachu przed powrotem z pustymi rękoma i bez marzeń, „biurw” (biuro+kurwy) korporacyjnych, nowej charakterystyki polskiego robotnika w Unii – umysłowego pracownika fizycznego, wstydu, honoru, Ojczyzny.

Nie ma już Polski – rzuca jeden z bohaterów przebywający na emigracji najdłużej. Tak. Jego Polski już nie ma. Nawet świeża fala emigrantów – jak Młody- jest już inna. Myśląca, bardziej wymagająca, mająca inne autorytety i priorytety, odważniejsza – co najlepiej symbolizuje zakończenie przedstawienia. Ale może największa odwaga cechuje jednak tych którzy nigdy z kraju nie wyjechali? Spektakl, co oczywiste, nie podaje widzowi gotowych odpowiedzi, ale sugestywnie zmusza do myślenia.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje autor sztuki – Grzesiu Babicz za pomysłowość, kreatywność, wszechstronność i niesamowicie przystępny, a jednak „inteligencki” tekst! Minus za miejscową skłonność do przerysowania granej przez siebie postaci, zwłaszcza sposobem mówienia i nienaturalnym zaciąganiem, której właśnie nienachalna naturalność jest kluczem do pełnej wiarygodności.

Wspaniała gra Pawła Wódczyńskiego. Młody przyjeżdża i jest! Przez chwilę widz ma wrażenie, że chłopak pomylił drzwi tak bardzo Wódczyński zdaje się być sobą, tak naturalnie przychodzi mu gra. W paru doskonale rozpisanych, krótkich lecz sugestywnych kwestiach , przechodzi przemianę i dojrzewa na naszych oczach do własnych wniosków i decyzji wykorzystując przy tym wachlarz swoich atutów – barwę głosu, dykcję, ruch sceniczny i żwawą naturalną gestykulację.

Najsłabszym ogniwem w tym trio jest niestety zdecydowanie Łukasz Wolff. Mimo świetnych warunków fizycznych słabą dykcją i emisją kładzie postać, która właściwie nie jest grana tylko odgrywana. Brakuje jej zdecydowanie charakteru. Zgorzkniały Fizyczny jest zepsuty , niedoświadczonego Młodego cechuje spryt. Wolff niczego nie wnosi w swoją postać. Może następnym razem?

Największym „smaczkiem” Szczepu jest wieńcząca przedstawienie odmiana symbolicznego rzeczownika Polska przez przypadki gdzie pytania klucze: kto jest twoją ojczyzną? komu płacisz podatki? z czym wiążesz swoją przyszłość? przynoszą oczywiste, choć nieoczekiwane odpowiedzi. A wszystko zwieńczone dudniącym w głowach widzów choć jeszcze niewypowiedzianym przez aktorów sugestywnym wołaczem!

Spektakl skończony, błyskotliwy, wciągający, uniwersalny.
Polecam gorąco!
Dla mnie: 10/10

 

Categories: Aktualne